Gra Geralda, świetna ekranizacja bardzo przeciętnej książki – recenzja filmu Netflixa

0 Flares Twitter 0 Facebook 0 Google+ 0 Email -- 0 Flares ×

Stephen King, nie wysychające źródło, z którego garściami czerpią twórcy filmowi i robią to już od wielu lat. Moda na tego płodnego pisarza trwa w najlepsze, czego dowodem są dwa filmy, które w tym roku zawitały do kin, średniak Mroczna Wieża i rewelacyjne To.  Muszę przyznać, że nigdy nie pogardziłam i z pewnością nie pogardzę wszelakimi ekranizacjami powieści tego pisarza grozy, więc nikogo dziwić nie powinno, że nadarzającą się ku temu okazję, natychmiast wykorzystałam.

Tym razem postanowiłam przyjrzeć się ekranizacji raczej słabej powieści Kinga, Grze Geralda, która zawitała na Netflixa i nie żałuję, bo reżyserowi, Mike’owi Flanagan’owi, który jest przy okazji współautorem scenariusza, udało się wykrzesać z tej książki tyle dobrego, że film ogląda się z zaciekawieniem, stopniowo coraz bardziej wciągając się w historię. Ta rozgrywa się w jednym pomieszczeniu, nie licząc oczywiście pojawiających się retrospekcji, w których przenosimy się w przeszłość, wychodząc poza ramy wspomnianego pokoju. A wszystko zaczyna się bardzo banalnie.

Oto znudzone codziennym życiem i sobą małżeństwo Burlingame, Jessie (rewelacyjna Carla Gugino) i Gerald (Bruce Greenwood) postanawiając odbudować cielesną więź, która z biegiem lat przestała między nimi istnieć, wyrusza do letniego domu nad jeziorem. Każdy ma w głowie jakiś plan. Jessie marzy o romantycznej nocy i pakuje do walizki seksowną koszulkę. Nie wie jeszcze, że Gerald zaplanował z goła inne atrakcje. Zamierza zrealizować swoje fantazje seksualne związane z gwałtem, więc w jego torbie lądują kajdanki. Bajkowe miejsce na odludziu (do kolejnego domu jest ponad kilometr) wita ich majowym słońcem i szwendającym się po okolicy bezpańskim i wygłodniałym psem. Nie zważając na to para postanawia zając się sobą. Gerald przykuwa małżonkę do łóżka, proponując Jessie grę, która kobiecie wyraźnie się nie podoba. Drobna szarpanina kończy się śmiercią głowy rodziny, który dostaje rozległego zawału. I tak na pozór uległa i wylękniona kobieta zostaje więźniem pokoju, a raczej łóżka, mając jednocześnie świadomość, że jeśli nikt jej nie znajdzie, albo sama się nie uwolni, umrze.

Ta dramatyczna, a zarazem absurdalna sytuacja może wydawać się banalna i nudna, no bo co może wydarzyć się na łóżku, w jednym pokoju, z jedną przykutą do niego osobą. Jeśli myślicie, że niewiele, to jesteście moi drodzy w błędzie. Mike Flanagan reżyser Oculusa, Zanim się obudzę, Ouija: Narodziny zła, czy Hush,  zgrabnie buduje napięcie nie tylko tragizmem sytuacji, ale i tym co siedzi w głowie przerażonej, obolałej i odwodnionej Jessie.Otóż z czasem kobieta zaczyna miewać halucynacje, w których urzeczywistnia się duch jej zmarłego męża, ale nie tylko. Pojawia się także jej swoiste alter ego, czyli ona sama. Powagi całości nadaje także szwendający się po domu pies, który systematycznie wyjada ciało Geralda i tylko patrzeć jak dopadnie i Jessie.

Zarzucano książce (na jakiej bazuje film), że jej autor bardzo nieudolnie próbował wniknąć w umysł kobiety, będąc raczej nędznym psychologiem. W powieści przenosimy się jedynie w myśli Jessie, w filmie reżyser zdecydował się jednak na nadanie majakom kobiety ludzkiej formy, przy okazji czyniąc z nich pewien rodzaj psychologicznej gierki, oczyszczania, czy psychoanalizy, która buduje niezwykły klimat tej produkcji, przy okazji dając nam możliwość obserwacji jak nasza bohaterka zmienia się z uległej kury domowej, będącej jak to zwykł mówić mąż ” systemem podtrzymywania życia dla…..” , tu pada niecenzuralne słowo określające żeńską część ciała, w pewną siebie i waleczną kobietę. Śledząc dyskusję tej przedziwnej pary, której tak naprawdę nie ma (bo jest tylko w głowie Jessie), przyszło mi na myśl, że jest ona czymś w rodzaju sumienia, wewnętrznego głosu, walki dobra ze złem, którą tak naprawdę każdy z nas toczy sam ze sobą niemal codziennie, borykając się z mniejszymi, czy też większymi problemami. W tym przypadku jest on oczywiście przerysowany, ale jednocześnie bardzo intrygujący, wciągający i nadający filmowi wartkości, mimo braku akcji i spektakularnych efektów wizualnych.

Klimatu produkcji nadają także aktorzy, przed którymi chylę czoła, bo wykonali kawał dobrej roboty. Na oklaski zasługuje przede wszystkim rewelacyjna w swej roli Carla Gugino. Jessie w jej wykonaniu jest niebywale wiarygodna, począwszy od zahukanej, skupionej na potrzebach męża, ignorowanej pani domu, po kobietę walczącą o przeżycie, gotową zrobić wszystko, nawet kosztem bólu, by wydostać się z pułapki do jakiej trafiła i przeżyć. Każdy ruch, każdy gest, każde słowo, zarówno Jessie uwięzionej, jak i Jessie w wersji alter ego jest przemyślany, autentyczny i nie wymuszony, przez co to co śledzimy na ekranie, mimo braku przerażających scen , bywa straszne. Równie dobrze wypada Bruce Greenwood, który odsłania swoje prawdziwe oblicze jako duch lub istota, którą Jessie sobie wyobraża i nie jest to ktoś, kogo ona pamięta.

Dramatyzm, tragizm sytuacji, spora dawka dramatu psychologicznego, to nie wszystko co otrzymujemy w Grze Geralda. Pojawiają się także retrospekcje, o których już wspominałam, a które przybliżają nam życie, w tym przypadku młodość Jessie. W tle mamy więc epizod związany z molestowaniem, który rzutował na życie naszej bohaterki i zapewne na jej związek z mężem. Pojawia się też typowy dla horrorów w wersji Kinga tajemniczy jegomość ze skrzynką pełną klejnotów, niejaki Pan Śmierć.

Gra Geralda jest filmem, który ogląda się wyjątkowo dobrze. Tu wszystko zgrabnie się przelata, zazębia i tworzy doskonałą, spójną i ciekawą całość. Chciałoby się więcej takich udanych produkcji na Netflixie, który póki co serialami stoi. Moja ocena 8/10.

The following two tabs change content below.
Blog pasjonatki gier logicznych i przygodówek. Bądź na bieżąco z przygodą!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *